Muna Shehadi

Trudne prawdy

Sonia Draga, 2020, 408 stron

8398.jpg

       Kiedy prom wpłynął ponownie na spokojne wody dużej zatoki, leżącej po południowo-zachodniej stronie Washington Island, Eve i Marx, zmarznięci, lecz orzeźwieni po długiej jeździe, wrócili do

samochodu. Rozładunek przebiegł sprawnie. Eve zostawiła terminal w tyle i podążyła za wskazówkami Shelley, pozwalając zachwyconemu Marxowi siedzieć na przednim siedzeniu, kiedy przemierzała

niemal puste drogi. Jechała na północ przez gęste lasy, potem skręciła w prawo na Lakeview Road i przedarłszy się przez wyspę na jej wschodni brzeg, ruszyła na południe drogą Hemlock Drive, która

doprowadziła ją do wylotu podjazdu Shelley, oznaczonego skrzynką na listy z charakterystyczną, ozdobioną czerwoną „czapeczką” głową żurawia kanadyjskiego.

       Wreszcie dotarła.

       I od razu dała o sobie znać jej wkurzająca nieśmiałość – dłonie jej się spociły, serce zaczęło walić jak młotem. Na litość boską. Przecież nie idzie na stracenie. Lauren zapewniła ją, że Shelley jest miłą

i życzliwą osobą, chociaż oszczędną w słowach. Po krótkiej wymianie maili, którą sama zainicjowała, bo przez to komunikowanie się za pośrednictwem Lauren zaczęła czuć się tak, jakby wróciła do liceum, Eve szybko zrozumiała, że etykietka „oszczędnej w słowach” nie jest na wyrost; lapidarność Shelley prowokowała ją do okraszania odpowiedzi mnóstwem emfatycznych wykrzykników. To, czy kobieta była „miła i życzliwa”, miało się dopiero okazać.

       Podjazd prowadzący do Shelley, nieutwardzony jak wiele innych, które Eve mijała po tej stronie wyspy, ciągnął się długo przez las, składający się głównie z cedrów. Żaden z usytuowanych tutaj domów nie był widoczny ani z drogi, ani, jak przypuszczała, z sąsiednich budynków, zważywszy na gęste zadrzewienie, które zapewniało mieszkańcom cenną prywatność i zarazem stwarzało złudzenie odosobnienia.

       Łuk podjazdu się rozszerzył, przechodząc w parking na tyłach domu, zwrócony w stronę jeziora. Eve wysiadła z auta, ponownie spodziewając się tej samej co w Maine wonnej mieszanki zapachów

świątecznych choinek, morskiej wody i życia, ale znów się rozczarowała. Powietrze było zbyt czyste, zbyt jałowe. Jezioro pachniało… wodą.

       Marx wyskoczył z samochodu podekscytowany nowym otoczeniem i z przejęciem równym jej obawom zaczął szukać odpowiedniego drzewa, z którym mógłby zawrzeć bliższą znajomość. Eve wyjęła z bagażnika walizkę, a także mniejszą torbę z psim zaopatrzeniem – po laptopa i drukarkę wielkoformatową mogła wrócić później – po czym zatrzasnęła klapę i ruszyła w stronę domu. W tej samej chwili ze środka wyłoniła się kobieta – to musiała być Shelley.

       Nie uśmiechała się, więc Eve jeszcze bardziej się wyszczerzyła, jakby liczyła, że w ten sposób wymusi odwzajemnienie reakcji. Podobnie jednak jak usiane emocjonalnymi wykrzyknikami maile

nie na wiele się to zdało.