Emma Haughton
Mrok

Słowne, 2021, 360 stron

Mrok_front (1).jpg

       Moje ciało zwija się instynktownie w kłębek, żeby się ogrzać. Ale teraz trzęsę się już tak mocno, że ledwo oddycham. Nie mam też czucia w dłoniach i stopach, bo naczynia włosowate w mojej skórze się skurczyły, a serce pompuje krew do kluczowych narządów w desperackiej próbie utrzymania mnie przy życiu. Ten ziąb jest tak straszny, tak przenikliwy, tak wszechogarniający, że czuję się niemal, jakbym płonęła. I po raz kolejny przypominam sobie te opowieści o ludziach w hipotermii, którzy się rozbierali, bo było im strasznie gorąco.

       W moim obumierającym mózgu zaczyna się pokaz fajerwerków, moja własna zorza polarna. Za nią czai się mrok zupełnie innego rodzaju i skrada się powolutku w moją stronę. A z niego wyłania się mój lis. Zbliża się cicho, wdrapuje na moją pierś i spogląda na mnie tymi swoimi pięknymi dzikimi oczami.

       – Kate – mówi głosem, który wydaje się blisko, a zarazem daleko.

       To nie lis, to lisica.

       Moja mała brązowa lisica.

       – Kate. – Pochyla się i pyskiem szturcha mnie w policzek. – Ocknij się.

       Czuję na skórze jej ciepły zwierzęcy oddech, jej wilgotny nos, którym strąca kryształki lodu z moich włosów, policzków i powiek.

       – Na litość boską, Kate! Otwórz oczy, do cholery, i spójrz na mnie!

       Lis natychmiast znika w mroku, a ja przez moment mam poczucie nieważkości, kiedy ktoś podrywa mnie do góry i mocno mną potrząsa.

       Resztką sił rozwieram zamarznięte powieki i mrugam oślepiona jasnym światłem wycelowanym w moją twarz.

       – Cholera! – Z gardła Caro wyrywa się głośny szloch. – Co on ci zrobił?!

       Odchodzi na chwilę, po czym wraca z moim ubraniem. Szybko, niezdarnie wkłada mi kurtkę, siłą wpychając moje zesztywniałe ręce w rękawy. Potem kładzie mnie na lodzie i naciąga mi spodnie na trzęsące się nogi.

       – Caro? – mówię chrapliwym głosem, usiłując wyartykułować pewną myśl. Gdzie ja jestem? Jak się tu znalazłam?

       I nagle sobie przypominam.