Graeme Cameron

Martwe dziewczyny

HarperCollins Polska, 2019, 304 strony

martwe-dziewczyny-b-iext54012579.jpg

       Pulsujący ból rozsadzał mi nogę, kiedy przedarłam się przez trzy powalone drzewa, dwukrotnie grzęznąc niemal po cholewy w błocie. Na szczęście biały namiot oględzinowy był rozstawiony na płaskim, równym i w miarę twardym podłożu, dzięki czemu Kevin pomógł mi wcisnąć się w kombinezon, nie pozbawiając doszczętnie godności, chociaż niestety działo się to na oczach rozbawionego policjanta i Leili Solomons, ekspertki kryminalistycznej, która tylko patrzyła skonsternowana.

       – Gotowa? – spytał, gdy się już wyprostowałam, posmarowałam pod nosem maścią o silnym zapachu kamfory i nałożyłam maskę, ostentacyjnie ignorując moją publiczność.

       – Biejby do z łowy – wybełkotałam i wsunęłam się do namiotu.

       Leżały tam dwa worki, wielkie, grube i zielone, związane taśmą ściągającą. Jeden był rozdarty wzdłuż boku; z wnętrza wysypywała się plątanina włosów, a pośród nich w chwastach leżała śliska, zwinięta dłoń. Silny odór, jaki wydobywał się ze środka, był niemal obezwładniający. Przenikał nawet przez maskę i opary maści kamforowej. Rzuciłam jedynie okiem, po czym poklepałam Leilę po ramieniu i powiedziałam: „W porządku, jeśli skończyłaś nagrywać, możesz je otworzyć”, tylko mniej zrozumiale, i odwróciwszy się na pięcie, szybko się ewakuowałam.

       Po dwóch papierosach i kubku obrzydliwej herbaty z termosu, którą poczęstował mnie Kevin, wcale nie było mi lepiej, ale nałożyłam grubszą warstwę maści i oddychając przez usta, starałam się skupić na zapachu zdjętej prosto ze sznura świeżo wypranej pościeli mojej mamy.

       Leila otworzyła worki i umiejętnie ułożyła ich zawartość na plastikowej macie. Poszczególne części zdawały się tworzyć w miarę kompletne ciało, lecz poprawne ich rozmieszczenie uwidaczniało ewidentne braki.

       Zwłoki dziewczyny były stosunkowo dobrze zachowane. Wysuszone mięso wciąż okrywało górne kończyny i znaczną część tego, co zostało z jej tułowia, jednak skóra rozerwała się w licznych miejscach i ześlizgnęła wzdłuż linii najmniejszego oporu. Skalp leżał na płachcie obok czaszki, na której zachowało się coś na pozór twarzy. Nogi z kolei były ogryzione do kości i nie dało się ukryć, że brakuje stóp. Porównawszy całość ze zdjęciami policyjnymi oraz fotografiami dostarczonymi przez krewnych, które Kevin miał w telefonie, byłam niemal pewna, że znaleźliśmy Sam Halloran.