top of page

Nelio Biedermann
Lázár

Marginesy, 2026, 328 stron

lazar.jpg

       Na skraju ciemnego lasu wciąż leżał śnieg dogasającego stulecia, kiedy Lajos von Lázár, przezroczysty chłopiec o błękitnych oczach, po raz pierwszy ujrzał człowieka, którego nawet po jego śmierci będzie uważać za swojego ojca.

       Było święto Trzech Króli – las pochłonął resztki mętnego, niebieskiego światła. Pokój, w którym ów chłopiec przyszedł na świat, mieścił się w zachodnim skrzydle zamku, tuż obok tamtego pomalowanego na niebiesko, nigdy przez nikogo nieodwiedzanego.

       Podczas gdy za jego plecami położna kąpała dziecko, Sándor von Lázár stał przy oknie i wpatrywał się w leśne podszycie. Zdawało mu się, że widzi, jak coś znika w zaroślach.

       Stał tam, czując chłód bijący od szkła, i kiedy tak spoglądał na skraj lasu, błądząc wzrokiem po korze pni i przeskakując nim z drzewa na drzewo, nagle powstało w nim coś jakby rozdarcie. Natychmiast poczuł, jak dawny strach i znajoma panika przenikają w głąb jego ciała i wszystko zalewają – wystarczyło jednak, że mrugnął, i rozdarcie znów się zasklepiło. Odetchnął z ulgą. Więc jednak nie był jak jego brat ani jak matka, był tylko nieco podenerwowany, co nie powinno nikogo dziwić, skoro jego żona dopiero co powiła dziecko o przezroczystej skórze, przez którą przeświecały maleńkie narządy.

       Baron spożywał dziś kolację jedynie w obecności swojej sześcioletniej córki, która ani trochę nie cieszyła się z narodzin braciszka. Kiedy Ida, niemiecka opiekunka, przyprowadziła Ilonę do pokoju, dziewczynka spojrzała z poważnym wyrazem twarzy na pomarszczoną, sinobladą i całkiem spuchniętą istotkę, zmrużyła swoje brązowe oczy i oznajmiła sucho:

       – Jaki on brzydki.

       Następnie podbiegła do ojca, źle odczytawszy przyczynę jej bladości, postanowił nie otwierać okna, i zwymiotowała mu na błyszczące skórzane buty oraz spodnie w brązową kratę.

       Teraz, kiedy baron się przebrał, zasiedli we dwoje przy stole, który był wystarczająco duży, aby w razie potrzeby nawet dwadzieściorgu gościom zaserwować na nim prosię, gęś, bażanta i trzy króliki. Milczeli, ponieważ przywykli do tego, że to Mária prowadziła konwersację, a ona leżała chwilowo w zachodnim skrzydle, na miękkich jedwabnych poduszkach, z dzieckiem przyciśniętym do piersi, nasłuchując jego cichego oddechu, nieustannego odchrząkiwania Imre dobiegającego z sąsiedniego pokoju oraz odgłosów zamku, i miała wrażenie, że zapada się w poduszkę, zupełnie jakby kieszenie jej robionej na drutach granatowej kamizeli były wypełnione ciężkimi kamieniami i ciągnęły ją w dół, tak że coraz bardziej ginęła w pościeli, materacu i gęsim pierzu. To uczucie nie było nieprzyjemne, nie przypominało gwałtownego spadania czy panicznego tonięcia w wodzie, które znała ze snów, lecz raczej zwyczajne zanurzanie się, ciche rozstawanie się z życiem. A to było wszystko, czego chciała.

 

* * *

(...) Pistę ciągnęło nie tylko do cieni, z którymi rozmawiał jak z ludźmi i w których lubił się kryć, jakby światło słoneczne szkodziło mu podobnie jak jego ojcu w dzieciństwie, ale też do wszelkiego mroku. Preferował ciemną odzież, fascynowały go mroczne podziemia, które w jego pojęciu były jakby podświadomością zamku, i z utęsknieniem wyczekiwał krótkich, zimowych dni oraz godzin wieczornych, kiedy światło ustępowało ciemności, a cienie stawały się dłuższe i liczniejsze. W swoje szesnaste urodziny przyciemnił sobie nawet włosy w naparze z szałwii, pokrzywy i rozmarynu.

       Czasem budził się w nocy, zakradał do salonu i godzinami wpatrywał w obraz, którego sile przyciągania nie mógł się oprzeć. Robił tak już jako mały berbeć, jeszcze zanim nauczył się mówić, i wydawało mu się to zupełnie normalne. Obraz przedstawiał opuszczone atelier, pośrodku którego stał stolik z popielniczką i kieliszkiem czerwonego wina. W popielniczce leżał papieros, z którego unosił się dym. W tle, po prawej stronie, widać było sztalugę z rozpiętym płótnem, zagruntowanym na tak głęboki odcień czerni, że wyglądał jak granatowy, przed stolikiem zaś leżały zwłoki malarza, którego jaźń Pista czuł całym ciałem, chociaż nie było jej widać na obrazie.

       Noc wydawała mu się morzem, z którego ciemnej toni się wyłonił. Był w niej równoznaczny z własnym cieniem, a jego wnętrze odpowiadało światu zewnętrznemu – bo wszystko było ciemne, niebo było czarne, a ogród był cichy i opuszczony. Kiedy oczy nie zdążyły jeszcze przywyknąć do mroku, między nim a nocnym niebem nie dało się dostrzec różnicy, tak że można było odnieść wrażenie, że gwiazdy to białe płatki promieniejące jasno na tle wielkich czarnych kwiatów.

bottom of page